Gry towarzyskie cz.I

Wieczór pełen śmiechu.

Zaprosiłam gości na sobotę. Jak pewnie już wiecie, bardzo lubię spotkania towarzyskie, na których dzieje się coś więcej niż tylko jedzenie, trunki i pogaduchy. Wprowadzenie różnych atrakcji do takiego spotkania powoduje, że pamięta się je na dłużej, a od śmiechu boli brzuch i policzki. Na najbliższą sobotę zaplanowałam wieczór gier towarzyskich. I absolutnie nie mam tutaj na myśli gier planszowych. Ponieważ hołduję tradycji i różnym dawnym zwyczajom, będziemy grać w gry, w które grałam jako dziecko czy nastolatka, a które powoli są zapominane.

Gra w Butelkę.

Pierwszy raz grałam w Butelkę jeszcze w podstawówce. Tylko wtedy podstawówka liczyła sobie osiem klas i to było w siódmej bądź ósmej. Dzięki tej grze dałam też pierwszego buziaka mojej ówczesnej miłości. Ponieważ w swej pierwotnej wersji jest to gra na buziaki. Gracze siadają w kręgu, najlepiej na podłodze. W środku kładą butelkę tak, by można nią było kręcić. Pierwszego gracza możemy wyłowić grając w Marynarza, lub ciągnąc zapałki. Pierwszy gracz kręci butelką. Kiedy putelka się zatrzyma, patrzymy na kogo wskazuje jej gwint. Tą osobę ma pocałować gracz, który zakręcił butelką. Teraz władzę nad butelką przejmuje gracz, na którego ona wskazała i zaczynamy cały proces od początku. Zakładam jednak, że większość z Was nie jest już w podstawówce i wcale nie zależy Wam na rozdawaniu buziaków osobom wybranym przez butelkę, proponuję małe zmiany w zasadach tej gry. Otóż zamiast buziaków, dajemy wybranemu przez butelkę delikwentowi zadanie do wykonania. Rodzaj zadania jest dowolny. Mogą to być ćwiczenia fizyczne, narysowanie czegoś, zrobienie dla wszystkich kanapek, wykonanie telefonu do informacji turystycznej I zapytanie się ile pięter ma Pałac Kultury, metrów wieża mariacka itp. Niech poniesie Was wyobraźnia.

Salonowiec.

Gra “z przymróżeniem oka”, która była popularna wśród żołnierzy. Najlepiej sprawdza się w towarzystwie, które bardzo dobrze się zna. A zasady tej gry są bardzo proste i łatwe do zapamiętania. Bierze się kogoś (sposób wyboru pierwszej osoby nie jest określony, może to być człowiek najmłodszy w towarzystwie) i zawiązuje się mu oczy. Następnie ustawia się tą osobę tak, by była wypięta pupą w stronę reszty towarzystwa. Jednen z uczestników zabawy podchodzi i daje klapsa wybrańcowi. Ten ma za zadanie zgadnąć, od kogo ten klaps pochodzi. Jeśli zgadnie, ten kto klepał wychodzi na środek salonu i zajmuje miejsce pierwszego wybrańca. Jeśli jednak osoba klepana nie odgadnie, od kogo dostała klapsa, na powrót zawiązuje oczy i nastawia pośladki na klapsy. Zamiana następuje dopiero wtedy, gdy znajdzie winowajcę swoich cierpień.

Kalambury.

To jedna z najpopularniejszych gier towarzyskich. Obecna w każdej grupie wiekowej. Celem gry jest odgadywanie haseł. Hasłami może być dosłownie wszystko, choć zazwyczaj ustala się kategorie jak np: tytuł filmu, postać, powiedzenie/przysłowie, tytuł książki, program telewizyjny itp. Hasła przedstawia się w dwojaki sposób. Albo za pomocą gestów (elementy pantomimy), albo rysunków (elementy rebusu). W jednym i drugim przypadku osoba prezentująca hasło nie może podpowiadać, wydawać dźwięków ani wskazywać na coś lub kogoś. W wersji z rysunkami nie można też zapisywać słów ani liter. Gra się drużynowo. Hasło przedstawia jeden z członków drużyny, a drużyna próbuje je zgadnąć. Dlatego też najlepiej grać, kiedy każda z drużyn liczy conajmniej trzy osoby. Przydatna w tej grze jest też klepsydra lub stoper, by każda drużyna miała tyle samo czasu na odgadnięcie hasła. Wygrywa ta drużyna, której uda się odgadnąć większą ilość haseł.

Ja już sie biorę za wymyślanie haseł na najbliższy weekend. Myślę, że te trzy gry świetnie urozmaicą Wasze weekendowe spotkania towarzyskie. Zapewniam, że na jeden wieczór na pewno ich wystarczy.